..
Mołoda, Grofa. C.d.n-ł.

10 | 7215
 
 
2010-11-19
Odsłon: 743
 

Gorgany - sierpień 2010. Powrót na bloga.

 

GORGANY – wrzesień 2010

 

 

Wróciłem z Gorganów jakiś czas temu, dokładnie dwunastego sierpnia. Udało mi się wykonać powrót w szesnaście godzinJ Żeby być szczegółowym,  to było siedem przesiadek bez czekania na kolejne środki masowego przemieszczania się w czasie ( w jedną stronęJ) i przestrzeni. Tylko w Iwano-Frankowsku musiałem poczekać półtorej godziny na pociąg do Lwowa. Droga powrotna zmęczyła mnie niemało, więc napicie się coli o 24.00 w domu po powrocie było wielkim ukojeniem. Przenieśmy się w czasie ( tym razem w przeciwną stronęJ) i jedźmy w Gorgany!

 

Nasze przygotowania na tą wyprawę, czy wycieczkę jak ktoś woli nie były skomplikowane. Jedna mała kartka papieru, a na niej wypisane co zabrać; rozkład jazdy pociągów do Przemyśla, a później do z Lwowa do Chustu; jedno spotkanie z towarzyszem podróży… i dawaj! Hulaj duszo i pędź w Gorgany!

 

Wybrałem się tam z moim kumplem Alanem. Podróż do punktu startowego przebiegała następująco. Pociągiem z Krakowa (właściwie wcześniej jeszcze autobusem z Bielska i Wadowic) do Przemyśla, z Przemyśla do Medyki, z Szegini do Lwowa i z Lwowa do Torunia. To jakieś 500 km. Z Karpat do Karpat. Podaruje sobie szczegóły tranzytu i przeniosę się od razu do Torunia.

 

Wysiedliśmy z autobusu. Nareszcie! W powietrzu spokój, a to powietrze czyste, rześkie i przejrzyste. Ruszamy, musimy dojść do wsi Łopuszne na biwak. Wędrujemy dolinką, na na zboczach której rozsiane są drewniane domki pośród łąk grodzonych drewnianymi płotami. Żadnych pól uprawnych, zero uprawy ziemi. Widzę ludzi koszących trawę, dalej zaś krowy pasą się pośród drzew. Niektórych nie widzimy, ale za to ich dzwonki dokładnie określają pozycję zwierzów. Spokojna wioska. Jakiś sklep, bar i te domki. Nic więcej i może aż nic. Przecież przyjechaliśmy rozkoszować się gorgańską NIE-CYWILIZACJĄ i spokojem. Aha, oczywiście też górami, wspaniałymi górami.

Maszerujemy z mapą i szukamy dogodnego miejsca na nocleg. Wiadomo, musi być płasko i z wodą. U góry zbocza nie ma szans, więc schodzimy z powrotem do dolinki. Woda tu jest i to dosyć dużo, w skrócie- potok. Jeśli chodzi o miejsce to trochę pochyło, ale damy radę. Na szczęście z pomocą przychodzi nam Borys, ośmioletni pasterz, który wskazuje nam najlepsze miejsce. Rozkładamy namiot, a w  między czasie dyskutujemy z Borysem. O wszystkim i na ile nam nie przeszkadza bariera językowa. Na szczęście duża ona nie jest, więc konwersacja jest bardziej efektywna niż budowanie naszego domku.

Jest następny dzień. W nocy była burza, przez chwilę obawialiśmy się, że odpłyniemy ale deszcz nie był duży, a miejsce całkiem wporzo. Po naszym śniadanku Borys przyniósł nam butelkę mleka, co nas i nasze podniebienia niezmiernie ucieszyło. Ruszamy! Mamy zamiar dojść do Huczy, polany na południowy zachód od Mołody. Początkowo przemieszczamy się po szerokim, ubitym trakcie, który jest oznakowany żółtym kolorem. Po chwili gubimy ten szlak. Na szczęście! Dzięki temu docieramy na Synewirską Polanę i do przysiółków położonych na zboczach Ozerny, a nad Synewirem – fajnym gorgańskim jeziorem. Co prawda jeziora stąd nie widać, ale widok jest bombastyczny. Widzimy w oddali pierwszy gorgański grechot. Jest gorąco, ale wiaterek i cień drzewa pod którym siedzimy dodają nam ochłody. Cisza, nieopodal nas drewniane chaty komponują się  w pejzaż polany, którą podążają pod górę jakieś osoby, pewnie turyści. Poniżej autochtoni pracują przy koszeniu łąki. Fajny spokój. Oprócz wymienionych osób nie ma nikogo. Z pierwszymi turystami-rowerzystami rozmawiamy nad jeziorem. Nie wiem jak maja na imię. Są z Kijowa. Króciutko rozmawiamy i życzymy sobie nawzajem powodzenia.

Tam na dole, w mieście i nie tylko, w życiu codziennym, w życiu pośród cywilizacji, często pośród tej złej części cywilizacji, mamy ludzi po dziurki w nosie. Męczą nas, denerwują, czasami są naszymi wrogami. Często to przez nasze złe cechy i zachowanie czujemy niechęć do ludzi. Krócej- wkurzamy się na kogoś, a powinniśmy na siebie. Tak to jest. Tutaj jest inaczej, w górach.  Mało ludzi, więc mniej okazji do konfliktu i niechęci. Jesteśmy wyciorani, więc nie mamy już sił na złe poczynania i myśli. Albo inaczej- wędrówka nas uszlachetnia. Wolę tę wersję. Spotykamy nowych ludzi, z którymi mamy coś wspólnego – wędrówkę i obcowanie z przyrodą. Spotykając turystę (fajnie gdy z dużym plecakiem) patrzymy na niego i widzimy, że jest z niego fajny człowiek. I żeby zawsze tak było! Tego Wam wszystkim życzę!

Synewir. Piękne jeziorko na końcu doliny. Chyba powstałe po zatamowaniu nurtu przez osuwisko. Woda w nim czysta. Zakaz kąpieli. To dobrze i źle. Dobrze bo przyrodę trzeba chronić i źle bo jest gorąco a my mamy ochotę na trochę ochłody. Wycieczkowiczów trochę jest, mimo tego cisza jest niezakłócona.

Idziemy do Słobody. Dolina, którą się przemieszczamy trochę przypomina mi tatrzańską. Jest głęboka, stroma, lasu po zboczach mało. Rzeka płynie skalistym korytem, a ze zbocza wystają raz po raz skałki. Zamarłe to nie są, nawet nie Jura, ale fajne. Gorąco w dalszym ciągu. Na niebie budują się waciano-białe cumulonimbusy. Pewnie jakaś burza będzie, a może nie. Nieważne. Jesteśmy w Słobodzie. Wioska jest rozłożona na bezleśnych zboczach doliny. Wszystkie domki są drewniane. Sielski krajobraz. Krowy pasą się po łąkach. Takich nigdy nie widziałem, są nie duże. Wiadomo, nie wielkości kozy, ale też nie wielkości konia zimnokrwistego. Nie ważne. Mnie zainteresował kolor. Są popielate, coś w ten deseń.

W niepozornym sklepie, lub też w szopie przerobionej na sklep kupujemy chleb i piwo. Odpoczywamy.

Ostatni fragment drogi na polanę Hucza. Próbuję nawiązać kontakt z grupą koni, ale daremnie. Ładne bestie. Idziemy zieloną polaną wzdłuż potoku. Chęć kąpieli w głęboczku bierze górę. Chłodzimy się w zimnej wodzie. Genialnie. Teraz trzeba zadać z podeszwy. Zamierzamy iść bez postoju do samego miejsca noclegowego. No i idzie się spoko. Ruszył wiatr, grzmi, z nieba spadają krople deszczu. Przyspieszamy co by nie wpaść w objęcia burzy. Nie jest źle, huczy ona gdzieś nad innymi szczytami. Słońce przyciemniają raz po raz wysokie i piękne chmury. Niebo jest w kolorze ciemnego granatu, góry podobnie. Idziemy, a przed nami wyłania się góra pokryta grechotem. Promienie słońca, które teraz przebiły się przez zasłone chmur padają na to gołoborze czyniąc go srebrzystobiałym. Jak śnieg.

Jesteśmy na Huczy. Na dużej polanie, porośniętej niską trawą stoi drewniana chatka- ewentualne miejsce schronienia i noclegu. Rozbijamy namiot, rozmawiamy, gotujemy kolację. W nocy niebo jest jeszcze rozświetlone przez błyskawice, pada deszcz. Gorgany są super.

 

 

 

 

 

  
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd